Iran -Tabriz
DZIEŃ 10 (13 Maj 2011)
Rano, po pysznym śniadaniu, Vahid zabiera nas do niewielkiego, ale bardzo ładnego pałacu jednego z władców Maku, po czym zawozi na terminal, gdzie kupuje nam bilety do Tabriz. Taka już jest irańska gościnność. Na odchodne jeszcze zaprosił nas na swoje wesele
[SinglePic not found]
Po 4h dojeżdżamy do Tabriz. Przez pierwsze 10 minut jesteśmy nieco zagubieni – nie wiemy czy najpierw szukać hotelu czy może coś zjeść, bo już nam burczy w brzuchach.. Z pomocą nadchodzą młodzi Irańczycy, doradzają co, gdzie i jak, a na koniec podwożą do lokalnej restauracji. W drodze do hotelu spotykamy dwie przemiłe studentki architektury, oprowadzające nas później po mieście.
Jesteśmy zaskoczeni dobrodusznością i otwartością lokalnych, a to dopiero początek…
DZIEŃ 11 (14 Maj 2011)
W Iranie mało kto mówi dobrze po angielsku, nauczyliśmy się kilku zwrotów oraz irańskich cyfr, żeby jakoś się dogadać. Niestety bez znajomości języka ciężko negocjować o lepszy kurs wymiany dolara na riale…Męczymy się potwornie, gdy nagle podchodzi do nas młody chłopak, Ebrahim i oferuje pomoc. Po chwili rozmowy zabiera nas do siebie do pracy, poznaje ze swoim niezwykle sympatycznym szefem, a ten drugi ni z tego ni z owego zaprasza nas do siebie do domu. Przez chwilę nie wiemy co robić, bo chcieliśmy już opuścić Tabriz i jechać dalej, ale szef Ebrahima, Mr. Eszke, nalega, a do tego daje naszemu nowemu koledze wolne i samochód do dyspozycji
. Tak więc postanawiamy zostać. Po chwili jedziemy razem z Ebrahimem do Kandovan – irańskiej mini Kapadocji, oddalonej od Tabrizu o około 60 km.
W czasie podróży nasz nowy kolega zadaje nam tysiące pytań o Europę i jak się tam żyje. Opowiada nam również o sobie i swoich planach na przyszłość. Ma 28 lat, jest wykształconym informatykiem, zna trzy języki (nie licząc perskiego), nie ma dziewczyny, ale jest fanem Hanny Montany. [SinglePic not found]W najbliższej przyszłości chce wyemigrować do Kanady i jadać głównie w MacDonaldzie
, bo tego w Iranie nie ma… W Tabrizie nic go nie trzyma, nie ma tu też zbyt wielu przyjaciół. Fajnie się z nim dogadujemy, rozumie nasze żarty i postrzeganie świata, a do tego okazuje się być świetnym przewodnikiem po Kandovan.
Samo Kandovan to niewielka mieścina, słynąca głównie ze swoich niesamowitych formacji skalnych, zamieszkiwanych przez lokalną ludność. Jest tu przyjemnie chłodno i choć przez chwilę możemy odpocząć od doskwierającego w Tabrizie upału. Spacerujemy po skałkach, zaglądamy do miejscowych klimatycznych sklepów, próbujemy nawiązać jakiś kontakt z lokalnymi, ale jest nie jest to łatwe, gdyż ludzie tutaj bardziej są nastawieni na nasze pieniądze niż na nas samych. Tak to już właśnie jest w turystycznych miejscach…
Po kilku godzinach wracamy do Tabriz i spacerujemy po jednym z największych i najstarszych w Iranie[SinglePic not found] bazarów. Ebrahim ciągnie mnie do sklepów ze złotem i dziwi się czemu nic nie kupuję, przecież jest tak tanio??? A do tego tłumy Iranek przy każdej gablocie. Jak się później dowiedzieliśmy kobiety w Iranie uwielbiają złoto i obwieszają się nim gdzie popadnie. Nawet te najbiedniejsze mają przynajmniej kilka złotych bransoletek. Co ciekawe mężczyźni według zasad islamu nie mogą nosić złota, tak więc na przykład męskie obrączki ślubne wykonane są ze srebra. Ule natomiast bardziej ciągnie to przepięknych perskich dywanów, wyglądających jak prawdziwe dzieła sztuki oraz do wielkich sakw z egzotycznymi przyprawami.
Wieczorem udajemy się do domu naszego gospodarza – Mr. Eszke. Przez chwilę zastanawialiśmy się czy to zaproszenie to nie był przypadkiem ta'arof (specyficzna irańska uprzejmość) i czy aby na pewno jesteśmy tu mile widziani. Okazało się jednak, że wręcz przeciwnie – jesteśmy z niecierpliwością oczekiwani i już w progu przywitała nas żona pana Eszke i ich córeczka Parasu, wyglądająca dokładnie jak kreskówkowa Emily
[SinglePic not found]Jak się później dowiedzieliśmy, pani Eszke uczyła kiedyś angielskiego i uwielbia anglojęzycznych gości, zwłaszcza z Europy, z którymi może porozmawiać po angielsku i dowiedzieć się czegoś o naszych stronach, zwyczajach, stylu życia. Nigdy nie była w Europie i jej wyobrażenie o niej (oparte głównie na kanale MTV) dosyć mocno różni się od rzeczywistości… Np. myślała, że wszyscy w Europie są szczupli, piękni i wysocy oraz że mają blond włosy i niebieskie oczy.
[Gallery not found]
Iran – Maku
DZIEŃ 9 (12 Maj 2011)
Zbieramy swoje manatki i żegnamy się wylewnie z rodziną Ismaila. Ten, odprowadza nas na drogę skąd[SinglePic not found] będziemy łapać stopa do Iranu, żegna, po czym siada na uboczu i obserwuje jak nam idzie
Nie mija jednak 5 minut, a zatrzymuje się nam turecki TIR, jadący w stronę turecko-irańskiej granicy. Jeszcze 2 samochody i jesteśmy w Iranie, w Bazargan. Od razu podchodzi do nas zgraja taksówkarzy, namawiających gorąco na przejażdżkę do Tabrizu. Grzecznie odmawiamy i próbujemy łapać stopa. Wcześniej jednak Michał upiera się, że koniecznie musimy kupić mapę Iranu… Pytamy w jednym sklepie, drugim, trzecim… Nikt nie mówi tu po angielsku… W końcu Michał, przy pomocy Icon Book (niewielkiej, a niesamowicie przydatnej książeczki obrazującej wiele rzeczy i sytuacji), daje radę wytłumaczyć czego szuka i uliczny sprzedawca, ze sterty ubrań wyciąga mapę! Kto by pomyślał, że tam właśnie będzie!
Wszystkie samochody w Bazargan chcą od nas pieniędzy więc nie jedziemy. Idziemy z plecakami przez miasto, aż do drogi prowadzącej do kolejnej miejscowości – Maku. W końcu zatrzymuje się dwóch młodych chłopaków – mówimy im „No money, no dolar, no rial”, a oni na to: „OK, OK”, no więc wsiadamy… W czasie jazdy pytają [SinglePic not found]czy chcemy żeby zawieźli nas do Tabrizu i podają jakąś kosmiczną cenę… Po chwili dociera do nas, że za podwiezienie chcą od nas kasę i to wcale nie mało… Akurat dojechaliśmy do Maku, wysiadamy i zaczyna się niezbyt miła rozmowa… Chłopaki za 10 minutową jazdę chcą od nas 5 USD. Może nie jest to jakoś wiele, ale wiedząc, że za 12 USD mogliśmy pojechać taksówką do Tabriz (4,5h) nie popuszczamy. Ostatecznie odjeżdżają, my zostajemy na ulicy, zaraz kolo miejskiego parku. Pytamy lokalnych o autobusy do Tabriz, cenę biletu oraz gdzie zjeść, gdy nagle nie wiadomo skąd zjawia się młody, przemiły chłopak, o imieniu Vahid i proponuje nam nocleg u siebie w domu. Wcześniej dzwoni do mamy i prosi, żeby przygotowała dla nas jakiś ciepły posiłek. Jesteśmy zaskoczeni i szczęśliwi
Okazuje się, że Vahid należy do tradycyjnej rodziny, co widać już po wystroju jego domu – prawie w ogóle nie ma mebli, a na podłogach znajdują się piękne dywany i wygodne pufy. [SinglePic not found]Jego rodzice witają nas tak jak prawo nakazuje – matka ściska rękę Uli, a ojciec Michała. Nasz gospodarz prowadzi nas do swojego pokoju i z grzeczności pyta Ulę czy nie chciałaby ściągnąć chusty, po czym szybko zamyka drzwi by ktoś z rodziców nie zobaczył jej bez nakrycia głowy.
Do późnego wieczora siedzimy z Vahidem i rozmawiamy o życiu, podróżach, trasie i o irańskim „sovre vivre”. Nasz gospodarz chętnie dzieli się z nami swoją wiedzą, tłumaczy lokalną mentalność i zasady tu panujące. Gdy przychodzi czas na spanie pytamy się, gdzie możemy się położyć. Vahid mówi, że kiedyś miał łóżko, ale teraz ze względów zdrowotnych, kładzie się na podłodze. Tak więc rozkładamy się na dywanach i zasypiamy.
[Gallery not found]
Turcja – Erzurum
DZIEŃ 6 (9 Maj 2011)
Rano wjechaliśmy do Erzurum. Murat idzie z nami do miasta, pomaga nam załatwić zdjęcia do wizy i znaleźć bankomat, po czym wiedząc, że za chwile będziemy w dobrych rękach naszego lokalnego hosta, żegna się z nami i jedzie dalej. [SinglePic not found]
Chwilę później udajemy się z naszym gospodarzem na przedmieścia miasta (choć twierdził, że mieszka w samym centrum:), poznajemy jego żonę i 2 dzieci. Okazuję się że angielski nie jest ich najmocniejszą stroną, ale znają google translator
. Nasze rozmowy przez najbliższe 2 dni wyglądały następująco – z całą rodziną zasiadaliśmy przed komputerem i każdy po kolei wpisywał zdanie, które chce powiedzieć, a wujek google wszystko tłumaczył
. Musimy powiedzieć, że całkiem sprawnie nam to szło
) Poza tym nasz host był niezmiernie sympatyczny i przez cały czas powtarzał, że to nie jest jego dom tylko nasz dom, a on tu jest tylko gościem
. [SinglePic not found]
Tak więc po krótkiej rozmowie i oczywiście tureckim czaju (którego wypijaliśmy tu po kilka litrów dziennie
zostawiamy bagaże i udajemy się do irańskiego konsulatu, żeby załatwić wizę… Konsul ani me ani be po angielsku, Ismail jest naszym tłumaczem i wybawcą
Procedura wizowa wygląda następująco – 2 zdjęcia, 75 euro wpłacone na konto konsulatu i wniosek wizowy – to wszystko złożone do godz.17-tej. Jest po 15-tej… Ismail prowadzi nas do oddalonej o kilka kilometrów restauracji, żebyśmy tam przy herbatce mogli wypełnić swoje wnioski wizowe.. Jest 16-ta… Nie mamy euro tylko dolary więc musimy udać się do kantoru, żeby je wymienić, a następnie do banku, żeby je wpłacić na konto konsulatu… Idziemy szybkim krokiem przez miasto, w końcu bierzemy taksówkę, żeby wszystko załatwić. W banku ludzi co niemiara, kolejka wg numerków… przed nami jakieś 50 osób, a na zegarku dochodzi 16:30… Już zaczynamy się trochę martwić, że się nie wyrobimy, gdy nagle podchodzi do nas Ismail, z uśmiechem szerokim od ucha do ucha i jakimś nowym numerkiem… Zadowolony z siebie [SinglePic not found]mówi, że „No problem, 5 minutes waiting only!” I rzeczywiście – po kilku minutach wyskakuje nasz numerek i jesteśmy przy okienku
Kasjer z zaciekawieniem ogląda paszport Michała i z trudem próbuje wymówić jego drugie imię – Krizistof, łamie sobie język biedaczek, a nasz uchachany host od tej pory tylko tak nazywa Michała, dodając jeszcze „Kolumb”
Zostało 20 minut do zamknięcia – prawie biegniemy… Udało się – papiery i zdjęcia złożone, kasa wpłacona! Ismail wymienia kilka zdać z konsulem i zapewnia nas, że jutro dostaniemy wizę, „No problem!” powtarza.
[SinglePic not found]
Zmęczeni, ale zadowoleni wracamy do domu i wdzięczni za pomoc i gościnę, wręczamy naszemu gospodarzowi gorzką żołądkową – wiedząc już, że nie jest przykładnym muzułmaninem i od czasu do czasu lubi zajrzeć do kieliszka… Na widok butelki oczy Ismailowi zabłysły i szeroki uśmiech pojawił się na twarzy. Jedna szklaneczka, druga, następna i nasz gospodarz staje się coraz bardziej wylewny – mówi jak bardzo nas lubi i że jesteśmy najlepszymi z jego najlepszych przyjaciół, że nas kocha i naszą polską wódkę też..:)
Martwimy się trochę, bo wiemy, że o 22-giej zaczyna swoją ochroniarską szychtę… Ten nas jednak zapewnia, że będzie git.
DZIEŃ 7 (10 Maj 2011)
Po śniadaniu ruszamy do konsulatu, na drodze spotykając trzeźwego już Ismaila, który jedzie z nami. [SinglePic not found]Uradowani, z wizami w paszportach, zwiedzamy miasto. Na tę okazję nasz host pożyczył samochód i odwiedzamy po kolei – stary dom, sklep z dywanami, dwu-minaretowy meczet, stare mieszkanie lokalnego dziadka, grobowce, old-schoolowy zakład krawiecki, centrum narciarskie, skocznie, a na koniec – fabrykę brata naszego gospodarza, który pragnie napić się z nami czaju… Aby to jednak uczynić potrzebuje szklanek. Próbuje nabyć je na stacji benzynowej i niesamowicie dziwi się, że ich tam nie ma… Ostatecznie zdobywa gdzieś plastikowe kubeczki, w których chwilę później, siedząc w samochodzie, razem spożywamy czaj.
[SinglePic not found] Wszystko jest super i bardzo nam się w Erzurum podoba, z wyjątkiem tego, że Ismail za wszystko płaci i za nic nie chce naszych pieniędzy… Zaczynamy czuć się trochę niezręcznie, nie chcemy być dla niego ciężarem, a nasze tłumaczenia w ogóle do niego nie trafiają. W podzięce kupujemy dla jego rodziny trochę słodyczy, by choć tak się odwdzięczyć za jego niesamowitą gościnę.
DZIEŃ 8 (11 Maj 2011)
Postanawiamy zostać u Ismaila jeszcze jeden dzień, poświęcając go całkowicie na pracę – Michał jest znowu „sprawcą sieci”, ja uzupełniam bloga i wiadomości na portalu turystycznym, dla którego pracujemy.
[Gallery not found]Z dziennika autostopowicza – z Polski do Turcji
DZIEN 1 (4 Maj 2011)
Wyruszamy w miarę wcześnie, choć z planów by złapać pociąg o 5 rano nic nie wychodzi…(chyba po prostu nie jesteśmy stworzeni do tak wczesnego wstawania:). Naszą podróż autostopową zaczynamy pociągiem
. Niestety to, czego najbardziej chcieliśmy uniknąć – pośpiech – prześladuje nas już od samego początku, a wszystko dlatego, że wpisaliśmy w naszych wnioskach wizowych, że przekroczymy granice z Iranem …10 maja. Tak więc postanowiliśmy jechać non stop, aż do Erzurum (w Turcji), gdzie mamy nadzieje dostać irańską wizę.
Pociągiem dojeżdżamy do Zwardonia i po krótkim spacerze wychodzimy na główną drogę. Miejscówka
idealna – piękna widoczność, szerokie pobocze, auta nie powinny zbyt szybko tutaj jechać, gdyż znajdujemy się zaraz za przejściem granicznym. No właśnie…auta… Jedyny problem to ich brak…
No ale przynajmniej można się trochę pożywić i poopalać… Michał zaczyna wyciągać wałówkę, gdy zatrzymuje się Słowak… Nie jest źle…
Zaczyna się miła rozmowa, o podróży, o pracy, o rodzinie.. Nagle zaczyna mówić, że jego syn jest hokeistą, a potem że ów frajer pobił się ostatnio na jakiejś dyskotece, na której był ze swoją frajerką… Myślimy, że facet nas zabrał, żeby się wyżalić jak ciężko być ojcem. Nie dowierzając jednak, że tak mówi o własnym synu Michał pyta się czy frajer znaczy FRAJER (teraz wiemy jak głupie pytanie zadałem
. W końcu okazało się, że frajer to po słowacku chłopak, a frajerka – dziewczyna.
)) Później dowiaduję się, że pracowałem jako sprawca sieci, czyli administrator sieci.
Miła rozmowa dobiega końca i kierowca wysadza nas na czerpaczce – stacji benzynowej
).
No to stopujemy dalej… Łapiemy i łapiemy i nic… Auta szybko jadą, nikt nie chce się zatrzymać. Zaczyna się robić naprawdę zimno, a do tego mocno wieje. Po godzinie głodni i zmęczeni wracamy na stację, żeby się czegoś ciepłego napić i coś zjeść. I tu zaobserwowaliśmy następującą scenę – dwóch Słowaków wychodzi z plastikowymi kieliszkami, od góry zaklejonymi folią, zrywają folię – „Na zdravie!”, no i w dziób, lekko się skrzywili, po czym jak gdyby nigdy nic, wsiedli do auta i pojechali…Szybko, elegancko, ale czy bezpiecznie… ??? Zazwyczaj szokują nas rzeczy egzotyczne, pochodzące z odległych kultur, jednak jak widać, żeby zobaczyć coś szokującego wystarczy czasem odwiedzić naszych najbliższych sąsiadów…
Wracamy na drogę i dalej nic. W końcu pytam się jakiegoś gościa czy nas nie zabierze dalej i ten zgadza się – Słowak sprzedający lody Frost
Kolejne auto to małomówny, ale dobry młody chłopak. Zawozi nas dalej niż musi, żeby było nam łatwiej łapać kolejnego stopa.
Następnie zatrzymuje się małżeństwo Rumunów, które jedzie do samego Budapesztu. Wysiadamy jednak na stacji benzynowej wcześniej, licząc na to, że uda nam się pojechać jeszcze dalej.
Nic z tego, słońce zaczyna zachodzić, robi się coraz chłodniej, a na stacji jedno auto na 15 min… Michał już się ucieszył z możliwości przetestowania kuchenki i pierwszego biwaku w namiocie, gdy jakieś niemieckie małżeństwo zaoferowało, że nas podrzuci na dworzec w Budapeszcie.
No to co może pociąg? Okazuje się, że bilet do Belgradu kosztuje tylko 15 euro, a ponieważ jesteśmy w pośpiechu postanawiamy jechać. Rozkładamy się kulturalnie w wagonach i usypiamy…
DZIEŃ 2 (5 Maj 2011)
Rano dojeżdżamy do Belgradu. Rozkładamy naszą przenośną restauracje przed głównym dworcem i ze
smakiem zajadamy polski pasztet. Trzeba przyznać, że bardzo dobrze wkomponowaliśmy się w tło wraz z rumuńską rodziną, która rozłożyła się przed nami
. Pożywieni i wypoczęci korzystając z naszej zabawki Kindle i strony hitchwiki.org dowiadujemy się, że najlepiej na autostradę dostać się autobusem 31, znajdującym się w centrum naprzeciwko MacDonalda. Czytamy, że bez problemu można po Belgradzie jeździć na gapę, że kontrolerzy pojawiają się raz na ruski rok i do tego kamuflują się nosząc kanarkowe, odblaskowe kamizelki (może stąd określenie „kanary”
) Siedzimy na przystanku zaledwie 2 minuty, gdy kontrolerzy wyrastają jak grzyby po deszczu… 3, 7, 10… itd. Wszyscy na naszym przystanku!!! Jak na złość. I w tym momencie zaczyna się gra w Pacmana na żywo
czyli kombinujemy, żeby w autobusie w którym jedziemy nie było żółtej kamizelki. Przepuszczając kilka busów w końcu się udaje
. Oczywiście wysiadamy nie tam gdzie trzeba, ale podjeżdżamy znów kryjąc się przed tą odblaskową modą i za drugim razem udaje nam się wysiąść dobrze…
No i łapiemy znowu… Zatrzymuję się sympatyczny, 45-letni Serb o niesamowitej charyzmie, posiadający wiele ciekawych historii i …zawodów. Podobno był kiedyś znanym bokserem i za pieniądze z walk kupił sobie kilka fabryk. Był też kaskaderem, żołnierzem na wojnie, śpiewakiem operowym, jeździł z lokalnym zespołem pieśni i tańca po świecie, następnie został fotografem dla National Geographic, a obecnie jest pisarzem dla Guardiana w Londynie (jakaś rubryka dla kobiet – trzeba to sprawdzić
) Podobno ma tysiące fanek
Oprócz tego prowadzi jakieś biznesy z jedzeniem organicznym. Wydawałoby się, że człowiek ma bujną wyobraźnie i kompleks z powodu swojego wyglądu (co chwile powtarzał, że jest brzydki i musi nadrabiać intelektem), ale z dłuższej rozmowy wynikało, że on naprawdę to wszystko zrobił…, a w dodatku ma przeogromną wiedzę na temat niemalże wszystkiego – od historii i polityki, przez filozofię na kawie luwak skończywszy.
Generalnie gaduła jakich mało. Jedna historyjka bardzo utkwiła nam w pamięci. Opowiedział nam jak kiedyś rozmawiał o życiu ze swoją holenderską przyjaciółką, która w pewnym momencie spytała go jak to jest, że jeżeli kobieta ma wielu facetów to jest puszczalska, zaś facet, który ma wiele kobiet to super macho…?? Odpowiedział: „Kobiety są jak zamki w drzwiach, a mężczyźni jak klucz. Zamek, który można otworzyć każdym kluczem jest zupełnie bezwartościowy, zaś klucz, który otwiera każdy zamek jest wart wiele.”
) 
I znowu jesteśmy na drodze, na kartonach wypisane nowe kierunki, bliższe i dalsze (Bulgaria, Turkey), ale nic się nie zatrzymuje. Ula powoli wymięka – siada w kucki obok plecaków, naciąga kaptur na głowę i modląc się o cud, zasypia… Budzi ją krzyk Michała „Hej, jedziemy dalej”. Kierowca, nie mówił w żadnym znajomym nam języku, ale nie przeszkadzało to nam wcale. Zostawił nas na złączeniu dróg, tak żebyśmy mięli większe szanse na złapanie kolejnej okazji.
Jeszcze jedno auto i… zatrzymuje się turecki Tir, jadący aż do Iranu!
Kierowca – niewielki, ale bardzo sympatyczny Turek, mówi że możemy z nim jechać aż do końca. I tak zaczyna się nasza przygoda z Muratem
Nasz tirowiec trochę szprecha i choć jest to dosłownie 5 zdań na krzyż i raczej mieszanka niemieckiego z tureckim, jakoś się dogadujemy. Ciągle powtarza kein problem, szab szarab, wunderbar i sehr schon
Michał zostaje na poziomie konwersacji „ja,ja, kein problem
. Ula radzi sobie trochę lepiej. Już po godzinie jazdy zatrzymujemy się na odpoczynek i nasz pierwszy w podróżny porządny i naprawdę dobry posiłek – kebaby, sałatki, warzywa i chleb. Super! Następnie przejeżdżamy przez granicę z Bułgarią. Celnik najwyraźniej domaga się łapówki – najpierw pyta o kawę, później o czekoladę… Murat kręci głową, że nie ma… Na to celnik zrezygnowany prosi chociaż o butelkę wody mineralnej
. Jak widać w Bułgarii łapówki to zupełnie normalna rzecz, nawet gdyby miała to być woda mineralna
))).
Dojeżdżąmy do Sofii i tam, gdzieś na przedmieściach, zatrzymujemy się. Pytamy czy możemy rozbić tu namiot, na co Murat odpowiada: „Nein, nein, kein problem!” i daje nam jedno ze swoich łóżek w kabinie. Michał czuje się trochę nieswojo i nie bardzo mu ufa, zwłaszcza, że wcześniej pytał się Ulę co nas łączy i na odpowiedź, że jesteśmy parą powiedział: „Aaaa kolega, das ist gut, kein problem”. Ula twierdzi, że dobrze mu z oczu patrzy i że kobieca intuicja podpowiada jej, że możemy mu zaufać. Nasz kierowca ma tu swojego przyjaciela, z którym ma zamiar wypić coś mocniejszego… My tez jesteśmy zaproszeni więc proponujemy naszą polską gorzką żołądkową, żeby choć trochę odwdzięczyć się naszemu dobroczyńcy. I tak toczy się wieczór – siedzimy przy stoliku, pijemy wódkę i zagryzamy owocami, warzywami, kurczakiem i orzeszkami. I kładziemy się spać…
DZIEŃ 3, 4, 5 (6-8 Maj 2011)
W nocy Ula co chwile mnie szczypie… Okazało się, iż skoro jestem tylko kolegą to Murat może podrywać Ule – w nocy zaczął ją głaskać po nodze a ta, myśląc, że to moja ręka zaczęła ją głaskać… Po chwili zorientowała się, że ja chrapie, a ręka nadal głaszcze! Krzyknęła, gościu się przestraszył i przestał. Rano wytłumaczyliśmy, że jesteśmy małżeństwem, tylko że zapomnieliśmy obrączek…
Przeczytaliśmy później w hitchwiki.org, że to wśród tureckich tirowców pytanie o seks, macanie itp. jest zupełnie normalne… ehh brak słów. Całe szczęście Murat uszanował to, że jesteśmy razem i podobna sytuacja już nigdy więcej nie miała miejsca.
Przez kolejne dni podróżujemy z naszym sympatycznym Tirowcem, który jest niesamowicie gościnny – kupuje nam jedzenie, częstuje słodkościami, owocami, czekoladkami i …słysząc kiedy mamy być w Iranie pędzi jak szalony, robiąc ostatniego dnia około 1000 km! Tym sposobem 8 Maja w nocy docieramy na przedmieścia Erzurum, idziemy spać…
Był to nasz jak na razie rekord autostopowy, jednym tirem przejechaliśmy ponad 2000 km, spędzając razem prawie 5 dni
, gdyby nie potrzeba wyrobienia wizy w Erzurum, z Serbi dojechalibyśmy aż do Iranu
.
Nareszcie w drodze!
I stalo sie! Wprawdzie z „małym” kilkdziesieciodniowym opóźnieniem, ale ruszyliśmy! Aktualnie jestesmy w drodze do Istambulu, gdzie dotrzemy jeszcze dzisiaj Inshallah
wkrotce napiszemy o naszej drodze do Turcji, o tym jak butelka wody mineralnej może poslużyć jako łapówka
póki co zapraszamy do przeczytania krótkiego wywiadu z nami na peronie4- jednym z naszych patronow -www.peron4.pl/supertrampy-wszystkie-drogi-prowadza-do-ludzi
Wesołych Świąt
Znamy termin wyjazdu :)
Jak to zwykle w życiu bywa, na najciekawsze rzeczy zawsze trzeba czekać. Tak też jest z naszą wyprawą dookoła świata, naszym wielkim marzeniem… Planowaliśmy start na koniec stycznia, ewentualnie lutego, a tu już kwiecień a my nadal w kraju… Wszystko to z powodu terminu egzaminu na pilota wycieczek, który musi zdać Michał, by mógł w przyszłości prowadzić trampingi po różnych, ciekawych zakątkach świata. Rozpiera nas już energia i ogromna chęć wyruszenia przed siebie, naprzeciw przygodzie i nowym doznaniom. Ustaliliśmy termin wyjazdu na 30 kwietnia, czyli zaraz po świętach! Teraz jeszcze ostatnie zakupy, przygotowania, wizy, rozterki co zabrać a czego nie, pożegnania z ulubionymi miejscami, przyjaciółmi, rodziną.
Przewodnik Uli
Dzisiaj z Gazetą Wyborczą można kupić przewodnik Uli „Bodh Gaja”, który ukazał się w ramach serii „Miejsca Święte” – cyklu prezentującego najważniejsze miejsca kultu religijnego na świecie. Książkę dodatkową zdobią zdjęcia wykonane przez Ulę podczas jej pobytu w Bodh Gai.
Bodh Gaja to niewielka, lecz niezwykle ważna dla buddystów miejscowość, leżąca w północno wschodnich Indiach. To właśnie tam, po kilkudziesięciu dniach medytacji, Budda uzyskał oświecenie.
W książce znajdziecie również wiele cennych rad i wskazówek „uzbieranych” podczas wielokrotnych podróży po Indiach.
Serdecznie zapraszamy do lektury
Nasi patroni
Setki minut spędzonych wisząc na telefonie (Ula twierdzi, że ma talent przekonywania
), dziesiątki zapchanych skrzynek mailowych, kilka spotkań na żywo… To wszystko zaowocowało pozyskaniem niżej wymienionych patronów medialnych. Dziękujemy za zaufanie i mamy nadzieję, że dzięki nam liczba Waszych czytelników wzrośnie
![]()
|
|||||
|
|
|||||
|
|||||
|
|
|||||
|
|||||
![]()
Święta, święta, święta….
Jak najwięcej radości, uśmiechu i wielu niezapomnianych chwil, nie tylko w święta, Entuzjazmu, wielu nowych pomysłów, marzeń i możliwosci, nie tylko na Nowy Rok, Szerokiego uśmiechu i prawdziwego szczęścia na każdy dzień!!!
życzy Ula i Michał














